Rozdział II: ” Sofokraten, grrr!”
***
Ten rozdział jest wynikiem wspólnej pracy mojej i Krulicy. (niech żyją telefony komórkowe!) Niestety na jej kompa zakradł się pewien wirus o nazwie "koń trojański", w związku z czym ona nie napisze żadnej notki przez co najmniej dwa tygodnie, za co z góry przeprasza (cały czas truje mi nad uchem, żebym to napisała).
A teraz, bez dalszych wstępów zapraszam(y) do czytania!!!
***
(Athenodora – 1539r. p.n.e.)
- Nie, nie, nie. O! Tego na pewno nie włożysz! – gderała Hiskanodara* (jedna ze służących) – Och, panienko! Nie masz się w co ubrać! – lamentowała, stojąc przed moją wielką szafą, której nóżki uginały się od ciężaru sukien. Przesadzała, stanowczo
prze-sa-dza-ła. A jaka była przyczyna tej tortury? No oczywiście, nic innego jak bal urodzinowy!
- Ach, bez przesady, droga moja! Cuż to za przygotowanie, bez zaznania stresu – nierealne! Lecz co to, co ja widzę naszyjnik nowy na twej szyi spoczywa. Od kogo ten podarek, hojny zaiste?! – cytowałam znienawidzonego prze nią poetę, mając nadzieję, że pójdzie sobie zagniewana i da mi wreszcie święty spokój. Opłaciło się, wyszła mamrocząc coś pod swoim koślawym i mocno zadartym nosem. No wreszcie, czas to był najwyższy! – pomyślałam, po czym rzuciłam się na łóżko, byłam wykończona tymi przymiarkami, tym bardziej, iż już doskonale wiedziałam co na siebie włożę – krwistoczerwoną suknię, w której moja matka balowała za młodu. Było to jedyne co mi po niej zostało, choć nie pamiętam czy ją kochałam (zmarła gdy miałam sześć lat), to doskonale pamiętam, że darzyłam ją szacunkiem i podziwem. – Ojciec mógłby przy niej być równie dobrze przypadkowo miniętą na rynku osobą. – Pamiętam z jakim dostojeństwem chodziła po zamku, była moją idolką, niedoścignionym wzorem. Och, stare, dobre czasy!
Dość wspomnień! Czas się wyszykować, a to może chwileczkę potrwać...
Pięć godzin później, sala balowa:
(osoba trzecia)
Ludzie ze znanych rodów rozmawiali w wielkiej, udekorowanej sali. Gwar mieszał się z dźwiękami dostojnej muzyki granej przez orkiestrę. Nagle wszyscy zamarli, nie było szlachcica, który nie patrzyłby rozmarzony w stronę wielkich, marmurowych schodów z pozłacaną poręczą. Jednak to nie piękne wykończenia przykuły uwagę gości, przykuła ją, przepiękna młoda kobieta, odziana w ciemnoczerwoną suknie, której tren ciągnął się po ziemi za swoją właścicielką tylko jeszcze bardziej podkreślając jej dostojeństwo. Włosy blondynki, na co dzień rozpuszczone i lekko powiewające na ciepłym, południowym wietrze, były teraz misternie upięte we francuski kok – idealnie – tak właśnie, wyglądała idealnie. Dziesiątki par oczu patrzących na damę z uwielbieniem (mężczyźni) i zazdrością (kobiety), sprowadzały Athenodore po schodach wymuszając uśmiech i perfekcję, której tak nienawidziła. Źle się czuła wśród tych snobów, źle się czuła na tym przyjęciu, lecz wiedziała, iż musi na nim być, jakby nie było, ci wszyscy ludzie przebyli długą drogę by pogratulować jej ukończenia dwudziestu jeden lat. Kilku mężczyzn stało w zwartej grupie pod jednym z filarów podtrzymujących dach z zimnym pożądaniem malującym się w ich oczach, byli to adoratorzy, których zaloty odrzuciła, ale... nie wszyscy, brakowało jednego – Sofokretana, a może inaczej mu było na imię? Nieistotne – skarciła się w myślach. Przeszła do gości by wysłuchać nieszczerych życzeń ”swoich” gości. Zaczęła od grubego lorda i jego mizernej żony i to właśnie wtedy dostrzegła najbardziej natrętnego ze swoich amantów, już cztery razy próbował ją uwieść, zmierzał właśnie w jej stronę zaśmiewając się wraz z jej ojcem. Ten zaś gdy dostrzegł blondynkę powiedział:
- Och, córko wyglądasz przepięknie! – te słowa wyostrzyły jej czujność, doświadczenie nauczyło ją, iż mężczyzna nie prawi komplementów, no, chyba, że czegoś chce. – Rozmawiałem właśnie z tym młodym człowiekiem, – tu wskazał Sofokratena, grrr! Jak ja go nienawidzę! – pomyślała ofiara spisku - jemu naprawdę na tobie zależy, więc za tydzień weźmiecie ślub! – Tego już było dla Atheny za wiele, wybiegła z pałacu wskoczyła na grzbiet swego wiernego wierzchowca i razem pognali do lasu, dopiero tam młoda kobieta pozwoliła sobie na słabość;
Wtuliła się w ciepłą i miękką szyje Artaksa...
__________________________________________________________________________________
Muzyka = Ashlee SimpSon - L. O. V. E.
*Wiem, że wymyślam porąbane imiona, ale akurat mam napad głupawki (xd).
Mam nadzieję przeczytać pod notką miłe kom. ale jednak, mimo wszystko wolę te szczere!
♥♥♥Alicja♥♥♥
*Wiem, że wymyślam porąbane imiona, ale akurat mam napad głupawki (xd).
Mam nadzieję przeczytać pod notką miłe kom. ale jednak, mimo wszystko wolę te szczere!
♥♥♥Alicja♥♥♥