Rozdział III: „Szok”
***
Wiem, że dawno nie pisałam, mogę Was za to jedynie przeprosić.
Mam nadzieję, iż rozdział się spodoba.
I jeszcze apel do Sttelio Mortem (jeśli źle napisałam to przepraszam), rozumiem, że po prostu piszesz co myślisz, jednakże wolałabym żebyś krytykowała to JAK pisze, zamiast tego co pisze.
(Caius
– 1569r.p.n.e.)
B Ó L ! ! ! ! !
Jedyne co w tej chwili czułem to potworny ból wypełniający
każdą komórkę mego ciała, jednak najbardziej bolały mnie serce i... duma. Ja -
potężny, wysoko postawiony w hierarchii żołnierz, teraz zwijałem się z bólu pod
jakimś drzewem co jakiś czas wydając z siebie niekontrolowany jęk boleści.
Jak do tego doszło? Nie mam pojęcia, wszak ten dzień zaczął
się jak każdy inny:
Pobudka o wschodzie słońca, poranne ćwiczenia na poligonie,
spotkanie z narzeczoną, której nienawidzę – jestem z nią z przymusu (oczywiście
nikt o tym nie wie)... A jednak stronniczy los zaprowadził mnie dziś do tego
przeklętego boru...
Moja agonia dobiegała końca lecz serce jeszcze walczyło
bijąc coraz mocniej, jak gdyby chciało wyrwać się z mojej piersi, załomotało
jeszcze trzy razy... i przestało. Zaciekawiło mnie to, czy zaraz przekonam się
na własnej skórze czym jest śmierć, czy istnieją bogowie i czy dusza faktycznie
wędruje do nich? Ale przecież ja żyłem, choć moje serce nie biło od jakichś
piętnastu sekund, - postanowiłem sprawdzić swą tezę – otworzyłem oczy i wstałem
z ziemi, to co ujrzałem zadziwiło mnie:
Obraz był dużo ostrzejszy, wyraźniejszy. Usłyszałem szelest
i poczułem bardzo słodki i kuszący zapach. Zaraz. Zapach? Czyżbym w „drugim
wcieleniu” był psem? Spojrzałem na swoje ciało – było ludzkie, ale... nie moje.
Było blade, bardziej umięśnione, leprze. Poczułem, że ktoś się zbliża –
natychmiast podniosłem się na nogi i ujrzałem piękną kobietę w złotej sukni do
ziemi, jej włosy były w kolorze miodu, skóra równie blada jak moja, a oczy...
czerwone?!
-
Witaj, jestem Kathrinete – przemówiła pięknym i melodyjnym
głosem - nawet nie wiesz jak się cieszę z końca twej przemiany! Czy mogę ci
jakoś pomóc?
-
Wyjaśnij mi co się stało
i kim jestem, tak na początek. – powiedziałem, nie rozumiejąc niczego o czym
mówi. Nadal byłem w szoku.
-
Hmmm, od czego tu zacząć... właśnie przeszedłeś dość bolesną
przemianę, przemianę w Zimnego, ale ludzie zwą nas po prostu wampirami. To ja
cię zmieniłam, od dłuższego czasu cię obserwuje, bardzo mi się podobasz... – tu
spuściła wzrok zawstydzona. Super! Jest chora psychicznie! Ale w sumie,
rozmowa z nią może być dość ciekawa – pomyślałem.
-
Jedno pytanie, - przerwałem jej, w końcu jak się bawić, to na
całego. – Czym różnią się „Zimni” od „wampirów”??
-
Widzisz kochany są trzy gatunki wampirów, jednym z nich są
Zimni. – wyjaśniła, po jej minie można było wywnioskować iż naprawdę myśli, że
jej wierze. Zaczyna się robić dziwnie. – tylko taka myśl zdążyła mi przelecieć
przez głowę nim mnie zamurowało...
***
(Athenodora
– 1539r.p.n.e.)
Wraz z Artaksem gnaliśmy przez puszczę, nic innego mnie nie
interesowało, nadal nie mogłam uwierzyć, że ojciec zrobił mi takie świństwo -
przecież doskonale wiedział co myślę o ślubie, a zwłaszcza o ślubie z
Sofokretanem! Byłam zła, nie ja byłam wprost wściekła – wściekła na tego
palanta, z resztą tak jak na wszystkich – na niego, na resztę amantów, na
gości, (nie wiem jak, ale na pewno też się przyczynili do mojego nieszczęścia),
na Hiskanodare i resztę służby, na macochę, a najbardziej na ojca. Rozejrzałam
się, dla pewności czy dobrze jadę. Tak, to było gdzieś tutaj. Zatrzymałam
wierzchowca i sprawnie zeskoczyłam z jego grzbietu – zarżał pytająco.
-
Ukryłam tu coś, na wypadek takiej właśnie sytuacji. –
wyjaśniłam. Co z tego, że Artaks był koniem i tak rozumiał więcej niż niejeden
człowiek.
-
Richachache – odpowiedział, dałabym głowę, że na znak
poparcia.
Podeszłam do wiekowego drzewa, którego średnica wynosiła co
najmniej cztery metry, stanęłam na palcach, włożyłam rękę do opuszczonej dziupli. Jeszcze kawałek w
prawo, odrobinę w głąb...
-
Jessst! – syknęłam, zarówno z zadowolenia jak i z lekkiego
bólu. Chwyciłam w odpowiednim miejscu -
za rękojeść - a następnie wyciągnęłam długi, obosieczny miecz.
Dostałam go od mojego nauczyciela szermierki w wieku
czternastu lat, niestety ojciec go wypędził, gdy dowiedział się o tym, że uczy
walczyć jego córkę, że uczy walczyć kobietę, miecz to jedyna pamiątka jaka mi
po nim została, a została wyłącznie dlatego, iż ją ukryłam. Smutne, ale cóż,
żyje się dalej.
Spojrzałam na ranę na ręce, nie była duża. Szybko się
zagoi, a do tego czasu zdążę o niej zapomnieć – pomyślałam. Już miałam
dosiąść Artaksa, lecz w tedy usłyszałam szum za drzewami. Nie wiedziałam kto to
był, ale z pewnością nie zwierze – zwierzęta uciekają od ludzi, a nie podchodzą
bliżej. Mocniej ścisnęłam uchwyt miecza wyostrzając przy tym czujność.
Właśnie w tedy zza krzaków wyskoczyła trójka bandziorów,
dwójka z nich miała po parze sztyletów trzeci zaś, tak samo jak ja, dysponował
mieczem. Gdy mnie zobaczyli jeden z nożowników powiedział:
-
Ooo! Jaka ładna niunia nam się dziś trafiła! Zgubiłaś się za
pewne złotko, musiałaś się wynudzić szukając drogi. Odłóż zabawkę dla chłopców
i choć z nami. Zabawimy się trochę! No, takie piękne ciało trzeba nieco
popieścić. – ruszył brwiami znacząco. A jego kompani zaśmiali się.
O nie! Takiej bezczelności znosić nie będę. Zaraz
pożałują, jeszcze nie wiedzą z kim zadarli! – zdążyło przelecieć mi przez
głowę*. Szybko podbiegłam do wyszczekanego, zadając pchnięcie. Wyjęłam mą broń
z jego brzucha i podskoczyłam do drugiego, który nadal stał oniemiały,
zamaszyście odcinając mu głowę. Tego z mieczem zostawiłam sobie na koniec,
wyglądał na doświadczonego zawodnika zapowiadał się emocjonujący pojedynek, z
którego tylko jedno z nas wyjdzie żywo...
~*~
Walczyliśmy od ponad godziny, ale nadal nikt nie był choćby
draśnięty. Byłam już u kresu sił, bandzior okazał się w istocie godnym
przeciwnikiem. Ale i tak nie zasługiwał na szacunek, nie po tym jak gwałcił,
zapewne całe zastępy, niewinnych kobiet. Jedynie o to teraz walczyłam, o honor
tych dziewczyn, bo niby po co innego - miecz odnalazłam po to by polować, ale
także po to, by w czarną godzinę móc się prosto i skutecznie zgładzić. Przez
swoje rozmyślania straciłam czujność; potknęłam się i przewróciłam. Teraz
zginę. – pomyślałam, o dziwo z niesamowitym spokojem. Ta myśl przyszła do
mnie tak łatwo... że chyba od jakiegoś czasu wiedziałam jak potoczy się
pojedynek. Zamknęłam oczy i poczułam ogromny ból głowy – jak gdyby ktoś chciał
rozłupać mi ją tępym narzędziem, usłyszałam kilka warknięć i odgłos skręcanego
karku.
Bałam się otworzyć oczy, lecz jednak to zrobiłam. Mojego
zdziwienia nie dało się oisać słowami, gdy ujrzałam...
* Powtórzenie tego zwrotu to nie przypadek. (Alicja, ty
najlepiej wiesz o co chodzi ^-^)
Rozdział świetny! Sorki że nie komentowałam pod wszystkimi rozdziałami,
OdpowiedzUsuńale po prostu nie miałam czasu :) A co do notki to bardzo ciekawa, czekam na kolejny
rozdział.
Pozdrawiam i życzę weny: Domi
Hmm... BOMBA :)
OdpowiedzUsuńBardzo mi się spodobało to opowiadanie.
Przeczytałam już to i "It's my live".
Bardziej mi się jednak spodobało to opowiadanie.
Hmm... a skoro jesteśmy w starożytnej Grecji to mam nadzieję, że niedługo pojawi się mój ukochany Aro <3 albo Markus.
Athenodora trochę przypomina mi moją Dakotę. :D
Mam nadzieję, że szybko pojawi się Aro i oczywiście, że pojawi się nowy rozdział.
PS poczytaj trochę o tym jak wyglądało życie w starożytnej Grecji. Ja trochę czytałam. Bardzo wiele ciekawych rzeczy się dowiedziałam :) Możesz wtedy wykorzystać te informacje.
PSS przepraszam , że się czepiam ale wtedy kobiety nosiły takie jakby togi, a nie suknie :)
Pisz szybciutko, bo nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
Wierzę, że doprowadzisz historię Atheny i Caiusa do końca :)
Pozdrawiam :*