sobota, 8 marca 2014

Rozdział III


 
Rozdział III: „Szok”

***
Wiem, że dawno nie pisałam, mogę Was za to jedynie przeprosić.
Mam nadzieję, iż rozdział się spodoba.
I jeszcze apel do Sttelio Mortem (jeśli źle napisałam to przepraszam), rozumiem, że po prostu piszesz co myślisz, jednakże wolałabym żebyś krytykowała to JAK pisze, zamiast tego co pisze.

(Caius – 1569r.p.n.e.)
B Ó L ! ! ! ! !
Jedyne co w tej chwili czułem to potworny ból wypełniający każdą komórkę mego ciała, jednak najbardziej bolały mnie serce i... duma. Ja - potężny, wysoko postawiony w hierarchii żołnierz, teraz zwijałem się z bólu pod jakimś drzewem co jakiś czas wydając z siebie niekontrolowany jęk boleści.
Jak do tego doszło? Nie mam pojęcia, wszak ten dzień zaczął się jak każdy inny:
Pobudka o wschodzie słońca, poranne ćwiczenia na poligonie, spotkanie z narzeczoną, której nienawidzę – jestem z nią z przymusu (oczywiście nikt o tym nie wie)... A jednak stronniczy los zaprowadził mnie dziś do tego przeklętego boru...
Moja agonia dobiegała końca lecz serce jeszcze walczyło bijąc coraz mocniej, jak gdyby chciało wyrwać się z mojej piersi, załomotało jeszcze trzy razy... i przestało. Zaciekawiło mnie to, czy zaraz przekonam się na własnej skórze czym jest śmierć, czy istnieją bogowie i czy dusza faktycznie wędruje do nich? Ale przecież ja żyłem, choć moje serce nie biło od jakichś piętnastu sekund, - postanowiłem sprawdzić swą tezę – otworzyłem oczy i wstałem z ziemi, to co ujrzałem zadziwiło mnie:
Obraz był dużo ostrzejszy, wyraźniejszy. Usłyszałem szelest i poczułem bardzo słodki i kuszący zapach. Zaraz. Zapach? Czyżbym w „drugim wcieleniu” był psem? Spojrzałem na swoje ciało – było ludzkie, ale... nie moje. Było blade, bardziej umięśnione, leprze. Poczułem, że ktoś się zbliża – natychmiast podniosłem się na nogi i ujrzałem piękną kobietę w złotej sukni do ziemi, jej włosy były w kolorze miodu, skóra równie blada jak moja, a oczy... czerwone?!
-         Witaj, jestem Kathrinete – przemówiła pięknym i melodyjnym głosem - nawet nie wiesz jak się cieszę z końca twej przemiany! Czy mogę ci jakoś pomóc?
-          Wyjaśnij mi co się stało i kim jestem, tak na początek. – powiedziałem, nie rozumiejąc niczego o czym mówi. Nadal byłem w szoku.
-         Hmmm, od czego tu zacząć... właśnie przeszedłeś dość bolesną przemianę, przemianę w Zimnego, ale ludzie zwą nas po prostu wampirami. To ja cię zmieniłam, od dłuższego czasu cię obserwuje, bardzo mi się podobasz... – tu spuściła wzrok zawstydzona. Super! Jest chora psychicznie! Ale w sumie, rozmowa z nią może być dość ciekawa – pomyślałem.
-         Jedno pytanie, - przerwałem jej, w końcu jak się bawić, to na całego. – Czym różnią się „Zimni” od „wampirów”??
-         Widzisz kochany są trzy gatunki wampirów, jednym z nich są Zimni. – wyjaśniła, po jej minie można było wywnioskować iż naprawdę myśli, że jej wierze. Zaczyna się robić dziwnie. – tylko taka myśl zdążyła mi przelecieć przez głowę nim mnie zamurowało...


***

(Athenodora – 1539r.p.n.e.)
Wraz z Artaksem gnaliśmy przez puszczę, nic innego mnie nie interesowało, nadal nie mogłam uwierzyć, że ojciec zrobił mi takie świństwo - przecież doskonale wiedział co myślę o ślubie, a zwłaszcza o ślubie z Sofokretanem! Byłam zła, nie ja byłam wprost wściekła – wściekła na tego palanta, z resztą tak jak na wszystkich – na niego, na resztę amantów, na gości, (nie wiem jak, ale na pewno też się przyczynili do mojego nieszczęścia), na Hiskanodare i resztę służby, na macochę, a najbardziej na ojca. Rozejrzałam się, dla pewności czy dobrze jadę. Tak, to było gdzieś tutaj. Zatrzymałam wierzchowca i sprawnie zeskoczyłam z jego grzbietu – zarżał pytająco.
-         Ukryłam tu coś, na wypadek takiej właśnie sytuacji. – wyjaśniłam. Co z tego, że Artaks był koniem i tak rozumiał więcej niż niejeden człowiek.
-         Richachache – odpowiedział, dałabym głowę, że na znak poparcia.

Podeszłam do wiekowego drzewa, którego średnica wynosiła co najmniej cztery metry, stanęłam na palcach, włożyłam rękę do  opuszczonej dziupli. Jeszcze kawałek w prawo, odrobinę w głąb...
-         Jessst! – syknęłam, zarówno z zadowolenia jak i z lekkiego bólu.  Chwyciłam w odpowiednim miejscu - za rękojeść - a następnie wyciągnęłam długi, obosieczny miecz.
Dostałam go od mojego nauczyciela szermierki w wieku czternastu lat, niestety ojciec go wypędził, gdy dowiedział się o tym, że uczy walczyć jego córkę, że uczy walczyć kobietę, miecz to jedyna pamiątka jaka mi po nim została, a została wyłącznie dlatego, iż ją ukryłam. Smutne, ale cóż, żyje się dalej.
Spojrzałam na ranę na ręce, nie była duża. Szybko się zagoi, a do tego czasu zdążę o niej zapomnieć – pomyślałam. Już miałam dosiąść Artaksa, lecz w tedy usłyszałam szum za drzewami. Nie wiedziałam kto to był, ale z pewnością nie zwierze – zwierzęta uciekają od ludzi, a nie podchodzą bliżej. Mocniej ścisnęłam uchwyt miecza wyostrzając przy tym czujność.
Właśnie w tedy zza krzaków wyskoczyła trójka bandziorów, dwójka z nich miała po parze sztyletów trzeci zaś, tak samo jak ja, dysponował mieczem. Gdy mnie zobaczyli jeden z nożowników powiedział:
-         Ooo! Jaka ładna niunia nam się dziś trafiła! Zgubiłaś się za pewne złotko, musiałaś się wynudzić szukając drogi. Odłóż zabawkę dla chłopców i choć z nami. Zabawimy się trochę! No, takie piękne ciało trzeba nieco popieścić. – ruszył brwiami znacząco. A jego kompani zaśmiali się.
O nie! Takiej bezczelności znosić nie będę. Zaraz pożałują, jeszcze nie wiedzą z kim zadarli! – zdążyło przelecieć mi przez głowę*. Szybko podbiegłam do wyszczekanego, zadając pchnięcie. Wyjęłam mą broń z jego brzucha i podskoczyłam do drugiego, który nadal stał oniemiały, zamaszyście odcinając mu głowę. Tego z mieczem zostawiłam sobie na koniec, wyglądał na doświadczonego zawodnika zapowiadał się emocjonujący pojedynek, z którego tylko jedno z nas wyjdzie żywo...

~*~

Walczyliśmy od ponad godziny, ale nadal nikt nie był choćby draśnięty. Byłam już u kresu sił, bandzior okazał się w istocie godnym przeciwnikiem. Ale i tak nie zasługiwał na szacunek, nie po tym jak gwałcił, zapewne całe zastępy, niewinnych kobiet. Jedynie o to teraz walczyłam, o honor tych dziewczyn, bo niby po co innego - miecz odnalazłam po to by polować, ale także po to, by w czarną godzinę móc się prosto i skutecznie zgładzić. Przez swoje rozmyślania straciłam czujność; potknęłam się i przewróciłam. Teraz zginę. – pomyślałam, o dziwo z niesamowitym spokojem. Ta myśl przyszła do mnie tak łatwo... że chyba od jakiegoś czasu wiedziałam jak potoczy się pojedynek. Zamknęłam oczy i poczułam ogromny ból głowy – jak gdyby ktoś chciał rozłupać mi ją tępym narzędziem, usłyszałam kilka warknięć i odgłos skręcanego karku.
Bałam się otworzyć oczy, lecz jednak to zrobiłam. Mojego zdziwienia nie dało się oisać słowami, gdy ujrzałam...

* Powtórzenie tego zwrotu to nie przypadek. (Alicja, ty najlepiej wiesz o co chodzi ^-^)

2 komentarze:

  1. Rozdział świetny! Sorki że nie komentowałam pod wszystkimi rozdziałami,
    ale po prostu nie miałam czasu :) A co do notki to bardzo ciekawa, czekam na kolejny
    rozdział.

    Pozdrawiam i życzę weny: Domi

    OdpowiedzUsuń
  2. Hmm... BOMBA :)
    Bardzo mi się spodobało to opowiadanie.
    Przeczytałam już to i "It's my live".
    Bardziej mi się jednak spodobało to opowiadanie.
    Hmm... a skoro jesteśmy w starożytnej Grecji to mam nadzieję, że niedługo pojawi się mój ukochany Aro <3 albo Markus.
    Athenodora trochę przypomina mi moją Dakotę. :D
    Mam nadzieję, że szybko pojawi się Aro i oczywiście, że pojawi się nowy rozdział.
    PS poczytaj trochę o tym jak wyglądało życie w starożytnej Grecji. Ja trochę czytałam. Bardzo wiele ciekawych rzeczy się dowiedziałam :) Możesz wtedy wykorzystać te informacje.
    PSS przepraszam , że się czepiam ale wtedy kobiety nosiły takie jakby togi, a nie suknie :)
    Pisz szybciutko, bo nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
    Wierzę, że doprowadzisz historię Atheny i Caiusa do końca :)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń

Jeśli czytasz to komentuj, jeśli nie umiesz to napisz chociaż czy Ci się podobało. Klawiatura nie gryzie!